"To co powstrzymuje ludzi, to nie jakość ich pomysłów, tylko brak wiary w siebie"
~ Russell Simmons
Mieszkanie z w szóstkę w małym zagraconym domku w Zakopanem nie było najlepszym wyjściem, jednak wszyscy domownicy starali się pomagać sobie nawzajem. Życie nie raz było ciężkie i doprowadzające do łez. Ojcu, anglikowi, jednak nie podobało się życie z teściami i postanowił, że osiedlą się w jego rodowitym kraju. Zaraz po tym jak otrzymał od znajomego wygodną ofertę pracy w samym centrum Brighton, oznajmił całej rodzinie nowinę. Jako jedynymi przeciwniczkami wyjazdu była ona i jej siostra, dziewięcioletnia Sara, która znalazła już swoje grono koleżanek i kolegów.
Jednak decydujący głos należał do mamy, której spodobał się pomysł
wyjazdu, więc nazajutrz wszyscy byli już spakowani.
Ostatniego wieczoru bujała się z mamą na
wiklinowym fotelu, która czesała jej blond loczki, a tata podnosił Sarę, która
się śmiała wniebogłosy. Na tarasie mieli przepiękny widok na panoramę
Zakopanego. Wszyscy byli zakochani w tym mieście, a teraz przyszło im wyjechać.
- Mamo, a co jeśli tam nie będę miała koleżanek? – zapytała Alice.
- Znajdziesz kochanie, jesteś śliczną, miłą i kochaną dziewczynką.
Masz jeszcze Sarę, prawda Aniołku? – zwróciła się do drugiej córki.
- Ja ci nigdy nie dam spokoju – przyłożyła swoją drobniutką dłoń
do klatki piersiowej – Obiecuję Ci, Misiaczku!
- O nie, nie mów tak do mnie! Mamo, powiedz jej coś!
- Ale ty jesteś naszym Misiaczkiem, a Sara Aniołkiem, bez względu
na to czy jesteś duża czy starsza – Uśmiechnęła się życzliwie.
9 lat później…
Szybko
założyła czarną, skórzaną kurtkę i powoli otworzyła drzwi swego pokoju.
Niestety, złośliwość rzeczy martwych dała o sobie znać i tym razem, dlatego jej
matka, słysząc skrzypienie drzwi, od razu przystąpiła do swojego obowiązku.
- Gdzie idziesz? - zapytała z oburzeniem. Była ubrana w niebieski
szlafrok z różowym paskiem. – Znów będziesz się szlajać z tymi dziwakami?
- A po co Ci to wiedzieć? – zapytała podobnym tonem. – I nie
obrażaj moich znajomych!
Zaczęła zastanawiać się dlaczego jej matka nie śpi o drugiej w nocy, ale
ta sytuacja szybko poszła w niepamięć, ponieważ teraz jej głowę zaprzątały inne
myśli. Wsiadła do swojego samochodu, który otrzymała w prezencie od swojego
ukochanego taty na osiemnaste urodziny. To była jedyna rzecz, którą dostała od
niego. Ich ostatnie spotkanie nie należało do najmilszych, dlatego rozmowy o
ojcu sprawiały jej nie mały dyskomfort, a nawet smutek. Głowa rodziny zawsze
wiązała się ze wspomnieniami z Sarą, która odeszła rok temu, ale blizna w sercu
po utracie siostry zamiast zabliźniać się - rozrastała. W dzień pogrzebu
widziała go po raz ostatni. Z nostalgii wyrwały ją migoczące światła
policyjnego wozu, co zmusiło ją do zmniejszenia prędkości. Przejechała obok
nich i zaraz zwiększyła prędkość. Zawsze twierdziła, że życie jest za krótkie
aby jeździć powoli.
Podjechała
pod klub o nazwie "Open", w którym odbywały się jedne z większych
imprez w całym Brighton. Wysiadła pewnym krokiem z auta i rozglądnęła się po
ludziach opierających się o ściany budynku. Widok pijanych do granic możliwości
ludzi nie zrobił na niej żadnego wrażenia. Przesunęła ręką po blond włosach aby
dodać im większej objętości i weszła do środka. Ochroniarz znał ją już dokładnie
i bez przepustki pokazał ręką w prawą stronę w geście zaproszenia. Ona
uśmiechnęła się do niego i przeszła krótkim korytarzem dalej. Kolorowe światła
muskały jej twarz, a głośna muzyka już dudniła w sercu i każdej komórce ciała.
- Jesteś! - głośnym krzykiem zawołała ją Gabriela, która stojąc
przy barze ledwo utrzymywała się w pozycji pionowej. Obok niej siedział Matt.
- Siema! Jak zabawa? - Z uśmiechem popatrzyła na Matt'a, który
bardzo się wysilał trzymając Gabrielę.
- Jak najlepiej - powiedziała, lekko jąkając się. - Szukasz
Chrisa? - zapytała po dłuższej chwili.
- Tak, jest tu może?
Pytanie wisiało przez pewien czas w powietrzu. Może dlatego, że
Gaba nie była w stanie sobie przypomnieć, ale za to Matt tak i to dlatego Alice
wlepiła w niego swoje niebiesko zielone oczyska.
- Widziałem go siedzącego w loży. - odpowiedział nie pewnie, jakby
się czegoś obawiał.
- Aa, spoko dzięki. O której wracacie do domu? Mogę was podwieźć
później. - zaproponowała chętnie Alice.
- Było by całkiem spoko! - wrzasnęła Gabi. Jej głos na pewno
przekraczał 120 decybeli.
- A po co go szukasz? – zapytał z zaciekawieniem Matt.
- Zostawił u mnie coś na przechowanie i chce mu to oddać. Wiesz
nic poważnego – Alice puściła mu oczko, a on już wiedział o co chodzi.
Ruszyła
przez tłum ludzi, szukając wysokiego bruneta. Ostatnio pomiędzy nimi nie było
dobrze, Chris nie mówił jej nic o swoim życiu, a ona widząc że coś jest nie tak
coraz bardziej się martwiła. Na ogół był wylewnym człowiekiem, dbał o nią jak o
najcenniejszą istotę na świecie pomimo tego, że należał do gangu i wydawał się
być niebezpiecznym człowiekiem. Poznała go dzień po pogrzebie Sary, kiedy
próbowała skończyć ze swoim życiem. To on nauczył ją żyć dalej i radzić sobie z
problemami. Dzięki niemu stała się silną, pewną siebie kobietą. Zyskała dużą
grupkę przyjaciół i na dobre już się z nimi zżyła. Najlepiej czuła się przy tej
dwójce, którą spotkała przy barze. Gabrysi mogła się zwierzyć ze wszystkiego, a
Matt zawsze miał dla niej czas. Pomimo, że dla innych ludzi nie są zbyt
nastawieni przyjaźnie, swoich obroniliby własnym ciałem. I takiej postawy Alice
nauczyła się od nich.
Znała praktycznie
każdą twarz. Oni również ją znali i dlatego nawet największe cwaniaki woleli
nie podchodzić, obawiając się reakcji Chrisa. Skierowała się w prawą stronę,
gdzie były loże oddzielone kolorowymi świecidełkami. I zamarła.
Kilka dziewczyn stojących nie daleko, patrzyło na nią
beznamiętnie, lecz w niej płonął żywy ogień. Miała wrażenie, że cała ta jej
pewność siebie pryśnie, dokładnie tak jak marzenia o przyszłości związane z
Chrisem.
Siedział, obściskując się z Melindą, jej znajomą z klasy.
Natychmiast odwróciła się, a w jej głowie aż wrzało od myśli, czy
pójść i zrobić ogromną aferę, czy odejść.
Odeszła. Ta decyzja była bardzo trudna, bo chęć rozbicia głowy
Melindy napawała ją niezwykle silnie.
Nie
była typem zdesperowanej laski, to już nie ta Alice sprzed roku. Pomimo łez,
które tak bardzo chciały się wydobyć, nie pozwoliła sobie na złamanie się. Nie
patrząc w stronę Gabrieli i Matt'a wyszła szybkim i zdecydowanym krokiem z
klubu. Zachowała zimną krew przynajmniej przez chwilę. Teraz w aucie może choć
trochę odreagować. Odpaliła i ruszyła przed siebie z dużą prędkością.
Kilka kropli słonej cieczy ciekło po jej policzkach. Jedna za
drugą skapywały na czarną bluzkę, a tor jazdy zawężał się przez
coraz większą ilość napływających łez. Przetarła oczy dłonią, rozmazując
czarną kredkę i tusz do rzęs. Teraz widziała o wiele lepiej.
Nawet już nie myślała o zalanej w trupa Gabrieli,
stwierdziła, że skoro Matt dopuścił do tego, powinien sam się nią teraz zająć i
znaleźć jej transport do domu. Prędkość z jaką jechała również nie zrobiła na
niej najmniejszego wrażenia. W jej głowie widniał jeden obraz, którego tak
kurczowo się trzymała, a zarazem tak bardzo chciała o nim zapomnieć. Nie mogła
przyjąć tego do świadomości, że Chris mógł ją tak skrzywdzić. Do jej umysłu
wdzierały się pytania, na które nie chciała znać odpowiedzi.
Czy to już kiedyś się zdarzyło?
Przez jaki czas już to trwa?
Miała wrażenie, że serce wyskoczy z jej klatki piersiowej, biło z
ogromną siłą i prędkością, jak nigdy dotąd.
Brighton nocą wyglądało wspaniale. Puste ulice oświetlone
starymi lampami, robiły piorunujące wrażenie na osobach mieszkających w tym
mieście, a co dopiero na turystach. Małe osiedlowe sklepiki i ich banery
zachęcające do noclegów lub kupna świeżych ryb, miały w sobie czar przyciągania
wzroku. Pomimo tego, że to miasto słynęło ze znanych obiektów takich jak
Pavilion czy Fontanny Królowej Victorii, to Alice kochała się w miejscach
położonych nad morzem. Miała nawet ochotę zwolnić, aby pójść w jej ulubione
miejsce - posiedzieć na dużych kamieniach na plaży ale stwierdziła, że nic jej
to nie da.
Nagle nie wiadomo skąd, usłyszała dźwięk syreny policyjnej.
Popatrzyła się w boczne lusterko i zobaczyła radiowóz jadący za nią. Licznik
pokazywał 190 km/h, wiedziała, że zaraz musi skręcić, a nie miała jak zgubić
prędkości. Zmniejszała biegi, auto samo powoli zaczynało hamować. Pomyślała, że
to idealna sytuacja, aby zgubić policjanta, który najwyraźniej nie wiedział, że
dziewczyna szykuje się do skrętu w prawo. Mocno ścinając zakręt, wybrnęła z
tego cało, choć wiedziała, że zrobiła ogromną głupotę. Ale kto myśli
racjonalnie w takiej sytuacji?
Wiedziała, że gdy matka się dowie o mandacie, zabroni jej wszystkiego,
dlatego jedynym wyjściem była ucieczka. Niestety, Alice nie pomyślała, że brytyjska
policja potrafi tak dobrze prowadzić. Słyszała za sobą dalej ten przeraźliwy
dźwięk. Postanowiła zajechać im drogę, tak aby nie mieli możliwości jej
wyminąć. Jednak znów nie doceniła tych gliniarzy, którzy ją ubiegli i jechali
już obok. Obróciła głowę w prawą stronę i zobaczyła twarz mężczyzny, który
prowadził radiowóz. Popatrzył na nią w tej samej chwili, zlustrował jej twarz,
jakby zapamiętywał każdy milimetr. Gestem nakazał jej zatrzymanie się, jednak
ona zwiększyła prędkość i z uśmiechem na twarzy wyprzedziła policjantów płynnie
omijając duży kontener na śmieci. Następnie zniknęła w wąskiej bocznej uliczce.
Dzięki temu, że znała Brighton jak własną kieszeń, nie pierwszy raz uciekła
przed policją. W duchu podziękowała Mattowi, że nauczył ją tak dobrze prowadzić.
Gdy
stwierdziła, że to już koniec zabawy wysiadła z auta i wyciągnęła paczkę
Malboro. Zaciągnęła się kilka razy papierosem i poczuła jak poziom adrenaliny
spada.
- Dobry wieczór Pani – Te słowa lekko ją przestraszyły.
Obejrzała się by zobaczyć, kto tak tandetnie ją przywitał.
Przecież kto dziś nazywa nastolatki
paniami? Natychmiast rzuciła się do ucieczki, widząc mundur policjanta,
lecz ten był szybszy i złapał ją za ramię. Alice kopnęła go mocno w kolano, po
czym wyrwała się z mocnego uścisku mężczyzny. Nagle upadła na ulicę,
sprytnie przytrzymana za nogawkę spodni,
i pomazana błotem i brudną wodą próbowała stanąć na nogi. Niestety, tym razem
policjant okazał się być szybszy i spiął ręce Alice kajdankami.
- Kogo my tu mamy… Pani Alice Walker zaszczyciła nas swoją
obecnością. - Może w końcu wyjaśnimy sobie kilka spraw? Dla przykładu handel
prochami. Może opowiesz coś? Skąd bierzesz je? – powiedział pan Adams,
prowadząc Alice do małego pokoiku bez żadnych okien. Wyposażenie stanowiły
jedynie dwa krzesła i mały, kwadratowy stolik.
- Nie handluję. – Powiedziała i spojrzała na niego bystrze, aby
jej uwierzył.
- To się jeszcze okaże – westchnął – Jeżeli powiesz mi teraz gdzie
znajdują się twoi znajomi, nie będziesz miała większych problemów niż masz. –
Zamknął drzwi na klucz - Zapomnimy o
narkotykach, pobiciu policjanta, kradzieży i twoim udziału w rozbojach. –
Wyłożył na stół zdjęcia Matta, Davida, George’a, Gabi i trzech innych znajomych
z jej szajki.
- Nie znam ich – skłamała.
- Błąd.
Pan Adams był wyraźnie zdenerwowany tą odpowiedzią. Podszedł do
niej i mocno ścisnął ją za ramiona.
- Przypomniałaś sobie? – rzucił oschle puszczając ją.
- Niestety.
Policjant wyłożył jeszcze jedno zdjęcie.
- A może swojego chłopaka kojarzysz, coo? – warknął.
- To nie mój chłopak. – Przypomniała sobie ten okropny widok.
Przez chwilę naszła ją ochota powiedzieć o Chrisie, ale nie
zrobiłaby tego.
- Ach tak? Czyli inna dziewczyna o twoim imieniu i nazwisku obściskuje
się tu? – wyłożył zdjęcie, gdzie Alice całowała się pod jednym z klubów z
Chrisem. – To jakaś przeróbka,
jak już doklejacie mnie do jego zdjęć, to róbcie to dobrze… i wybierzcie mój
lewy profil, jest o wiele ładniejszy. – powiedziała szybko i zaśmiała się
szyderczo.
Poczuła jak po lewym policzku rozchodzi się fala piekącego bólu.
Wstała z krzesła, aby jak najszybciej pobiec do drzwi. Zamknięte.
- Trochę czerwony ten twój profil – powiedział z drwiącym
uśmieszkiem.
- Nie tak bardzo jak twój nos od przepicia. A może koke wciągasz?
Dostała drugi raz w lewy policzek. Poczuła że coś jej spływa po
kości jarzmowej. Przetarła ręką i próbowała oddać mu ale ten sprawnym ruchem
uniknął uderzenia i zakuł ją w kajdanki.
- Lubisz być w kajdankach widzę – wlepił z nią swoje okropne
czarne oczy i pchnął na krzesło.
- Głupi jesteś, uderzyłeś mnie, a ja teraz mam dowody aby cię
oskarżyć. – Alice wygodniej usadowiła się na krześle i również spojrzała
głęboko w oczy policjantowi.
- Twoja pewność siebie mnie zaskakuje. Gdybym to ja miał ojca w
mafii nie ubliżał bym tak osobom wyższym.
Te słowa nią wstrząsnęły. Jak
to ojca w mafii? Nie mogła w to uwierzyć.
- Twoje zaskoczenie mi mówi, że matka ci o niczym nie powiedziała.
Tak, odnaleźliśmy go pół roku temu, w Północnej Karolinie. Ty byłaś bardziej
zajęta innymi sprawami niż rodziną. Biedna pewnie będzie załamana kiedy dowie
się, że będziesz miała tyle rozpraw sądowych… i zapewne pójdziesz siedzieć.
- Co masz na myśli?
- Po pierwsze mów mi inspektorze. Po drugie bądźmy wspólnikami.
Tyle chcę. – Zbliżył się do niej i podniósł jej twarz do góry.
Alice się roześmiała.
Adams natychmiast chwycił ją za tył głowy i uderzył o blat
stolika. Jęknęła z bólu.
- Myślę, że na dziś to tyle. Chyba zrozumiałaś doskonale, że jeśli
nie będziemy współpracować, twój tatuś polegnie, tak jak cały ten twój gang - prychnął śmiechem - I jeszcze jedno…
chyba nie muszę ci mówić, że masz siedzieć cicho.
____________________________
Witam Was Serdecznie :)
Z ogromem pozytywnego nastawienia przedstawiam Wam moją, już czwartą, powieść "Ona last breath". Jestem bardzo podekscytowana, że mogę podzielić się z Wami kolejną historią mojego autorstwa. Mam nadzieję, że wpadnie w Wasz gust i będziecie tu wracać chłonąc kolejne rozdziały do czego Was gorąco zapraszam :)